Moje pierwsze biznesy

Moje pierwsze biznesy

Po dłuższej przerwie zacznę na lekko. Ostatnio podczas jakieś rozmowy, ktoś zapytał mnie o pierwsze doświadczenia z pracą zarobkową i działalnością gospodarczą. No i post sam się napisał.

Pierwsze spotkanie z kapitalizmem

Pierwsze spotkanie z kapitalizmem zaliczyłem mając chyba 5 lata. Przyłączyłem się wtedy do grupy starszaków z osiedla i razem poszliśmy na skup truskawek, aby świadczyć usługi szypułkowania, czyli oddzielania owocu od tego zielonego. Nie pamietam, żebym wtedy cokolwiek zarobił w złotych polskich. Zapłatę odebrałem w naturze i objadłem się tyle truskawek, że miałem ich dosyć na jakiś czas.

Mając lat 7 czy 8 postanowiłem ponownie zainwestować w zbiory owoców. Tym razem to były maliny oraz wakacyjne jabłka. Również nic nie zarobiłem, a poważne przedawkowanie świeżych owoców i prażącego słońca odchorowałem dość dotkliwie.

Branża reklamowa

Niedługo po poprzednim doświadczeniu, jeszcze we wczesnych latach podstawowych razem z kolegą sprzed bloku założyliśmy pierwszy biznes. Otóż były to czasy, kiedy nie istniało coś takiego jak ulotki reklamowe. Serio! Wiem, że trudno w to dziś uwierzyć, ale na początku lat dziewięćdziesiątych ulotek w ogóle nie było. I to była nisza rynkowa, którą odkryło dwóch dziewięciolatków.

W tamtym czasie był również w moim mieście sklep „Weltom” sprzedający dywany. W tymże „Weltomie” pierwszy raz w swoim życiu zobaczyłem ulotkę w postaci kalendarza na bieżący rok. Ulotkę nie byle jaką, bo samoprzylepną i to całkowicie za darmo.

Plan był dziecinnie prosty. Braliśmy ile się da ulotek ze sklepu i sprzedawaliśmy w szkole po 400 zł za sztukę, czyli w cenie dzisiejszych 4 gr. Muszę szczerze przyznać, że na oranżadę albo dwie zarobiłem.

Biznes dość szybko się skończył, gdy większość dzieciaków w szkole zorientowało się, że samoprzylepne kalendarze można mieć za darmo. Dodatkowo ekspedientki w sklepie, stały się bardzo wyczulone na dwóch małolatów kasujących z lady ulotki w hurtowych ilościach.

Szara strefa

Niczym nie zarażony dalej poszukiwałem swojego miejsca na rynku. W klasie czwartej lub piątej zapisałem się do Ligi Ochrony Przyrody, czy jakoś tak. Z członkostwem wiązało się posiadanie legitymacji w kolorze żółtym albo zielonym z dużym napisem „Liga Ochrony Przyrody”.

Ponownie we dwóch spróbowaliśmy innego biznesu. Czatowaliśmy, aż inne dzieciaki z okolicy wdrapią się na drzewo albo wejdą na trawę. Wtedy zjawialiśmy się my – działacze Ligi. I machając delikwentowi przed oczami legitymacją, żądaliśmy opłacenia mandatu w wysokości 100 albo 200 zł (dziś: 1gr, 2gr) za niszczenie przyrody. Szybko się jednak okazało, że nasi aresztanci mieli braci i znajomych w starszych klasach. No i dostaliśmy lanie. Tak skończyła się przygoda wymuszeniami.

Pierwsze pieniądze

Pod koniec szkoły podstawowej postanowiłem spróbować sił w handlu. Zorientowałem się, że koszyczki wielkanocne przystraja się liśćmi borowiny lub – jak u nas mówiono – borówek. Namówiliśmy ojca kolegi na wycieczkę do lasu i przygotowaliśmy borowinowe wiązanki.

Wtedy też poznałem czym jest dumping cenowy. Obszedłszy całe targowisko, wybadałem po ile stoją pęczki borowinowych gałązek i wyszło, że po 6 000 zł (dziś: 60 gr.). Zatem swoje wyceniłem po 3 000 zł za sztukę i dość szybko sprzedałem wszystkie. Potem trochę żałowałem, bo mogłem sprzedawać po 4 500 zł…

Zarobionych pięniędzy wystarczyło mi na małe frytki i oranżadę w pobliskim barze. Z jednej strony bylem zadowolony, z drugiej rozczarowany, że jednak deskorolki sobie nie kupię.

Potem zaczął się długi okres pracy najemnej: przy zbiorach owoców, grilowaniu i opiece nad dziećmi w trakcie wakacji, ale to już mniej ciekawe.

Wnioski

Najważniejszą rzeczą, jakiej się nauczyłem to, że wokół jest bardzo dużo możliwości. Brzmi to może trochę jak myśl z podręcznika sukcesu for dummies, ale to właśnie we mnie zostało: że nie muszę, że mogę inaczej, że potrafię myśleć „odwrotnie”.

Drugi wniosek jest nieco smutniejszy. Jak pewnie zauważyłeś wszystkie opisane sceny miały miejsce w przedziale wiekowym 5-14. I gdy myślę o kolejnych latach, to widzę dobitnie, ze szkoła średnia i studia wytłumiły we mnie te doświadczenia. Zostałem przeformatowany. Kazali mi się uczyć, zdobywać wiedzę – więc się uczyłem i zdobywałem ze sporymi sukcesami.

Jestem jak najbardziej daleki od negowania formalnej edukacji. Jednak po rozpoczęciu pracy, po założeniu BNS IT byłem zagubiony jak dziecko we mgle. Dopiero sytuacje kryzysowe, w których się znaleźliśmy i przedsiębiorczy ludzie, których spotkałem pomogli mi przypomnieć sobie jak myślałem przed Wielkim Formatem.

Dziś sam mam dzieci: 3, 5, 8, które uczestniczą w procesie formalnej edukacji. Mieszkają na zamkniętym osiedlu. Raczej nie przyszłoby im do głowy, żeby zabrać się z kimś na skup truskawek i szypułkować. Wczoraj po raz pierwszy samodzielnie wybrały się po lody do pobliskiego sklepu położonego za bezpieczną bramą wjazdową. Zastanawiam się, jak i kiedy uczyć ich samodzielności, przedsiębiorczości, jak je uchronić przed sformatowaniem. Jakieś pomysły?