fbpx

Czas chaosu

Czas chaosu - www.michalbartyzel.pl

Pomysł na ten artykuł jest taki, że najpierw przyjrzymy się paru sytuacjom, a następnie wyciągniemy sobie część wspólną w postaci wniosków. Pierwej teoretycznych, a za nimi praktycznych.

Programista z 2004 r.

Poważną ścieżkę zawodową rozpocząłem w 2004 r. Najbardziej utkwiła mi jedna rzecz: każdy, kto umiał napisać parę skryptów w PHP pobierających coś z bazy i plujących na output, albo w miarę ogarniał Struts1.2 (to taki starożytny framework webowy w Javie), albo pisał animowane applety (pra przodek Reacta) był programistą.

Podówczas klienci płacili 700zł na stronę główną www i 250zł za każdą podstronę oraz ekstra za bannery. W Łodzi była jedna firma znana z rekrutowania programistów, a wykładowcy na PŁ notorycznie mylili MVP z MVC oraz Martina Fowlera z Kevinem Costnerem.

Jeśli złapałeś projekt i twórczo doprowadziłeś go do szczęśliwego wdrożenia, to już miałeś doświadczenie w referencjach i każdy kolejny szedł łatwiej.

Parę lat później, Ci którzy odnaleźli się we wczesnych etapach polskiego IT zaczęli tworzyć:

  • software houses,
  • stowarzyszenia,
  • izby gospodarcze,
  • organizacje certyfikujące,
  • best parctices i standardy
  • etc.

Nauczyli również klientów czego mają oczekiwać od dostawców, a czego absolutnie nie akceptować.

Słowem: na wszystkie legalne sposoby zaczęli regulować rynek i podwyższać próg wejścia kolejnym chętnym.

Trudno w tym było dostrzec powtarzalny wzorzec. Pełno było jednak anomalii.

Ci, który popłynęli na GWP

Jeszcze wcześniej, gdy przy akompaniamencie „Scyzoryka” spędzałem czas na blokowisku, co chwila pojawiał się temat raczkującej wtedy giełdy. Ktoś z bliższych lub dalszych znajomych się dorobił fortuny albo poszedł z torbami, bo kupił nie wiadomo co od nie wiadomo kogo.

Mówili wtedy, że albo ktoś miał szczęście albo nie miał. Mniej oficjalnie mówili, że albo ktoś miał „dojścia” albo nie miał.

Jeszcze inna sytuacja, gdy weszły OFE. Jako 18-latek zawarłem tych umów z 5, bo za każdą zawartą płacili mi 10zł. Natomiast „konsultantom”, którzy w imieniu TU je podpisywali płacono z kolei 40zł. I tak to się kręciło.

Również i w tym przypadku nie sposób było analizą statystyczną prognozować trendy cen. Na rynku dominowały anomalie.

Kurs Bitcoina

O ile dobrze czytam wykres, to:

  • Na świecie jest ponad 12,5 mln portfeli trzymających BTC
  • 26% wszystkich BTC znajduje się w 1888 portfelach (nie wiadomo czy należą do różnych właścicieli)

Oznacza to, że 1888 portfeli może właściwie zrobić z kursem BTC co chce.

Jak wiadomo od jakiegoś czasu BTC stał marnie w porównaniu do poprzednich wyników. Wiadomo, że jak coś spada w cenie, to się to coś sprzedaje. Zatem ludzie sprzedawali.

Aż tu nagle w kwietniu kurs BTC wystrzelił w górę, by potem pod koniec maja znowu nieco spaść.

Ostatecznie okazało się, że o wiele korzystniej było po prostu trzymać BTC niż handlować walutami. Któż mógł to przewidzieć? Akurat tu nasuwają się dwie możliwe odpowiedzi: albo nikt albo 1888 portfeli.

I co na to analiza techniczna? Ano nic, bo w takich warunkach wskaźnik kondycji giełdy jest słaby i trudno handlować. Jest za to sporo anomalii.

Anomalie nieprzewidziane przez modele

W wyżej opisanych sytuacjach:

  • zdarzenia, które wg modeli powinny zdarzać się rzadko bądź prawie nigdy, zdarzają się częściej (por. Taleb)
  • podejmowane decyzje są bardzo zyskowne albo bardzo stratne
  • rozkład prawdopodobieństwa nie jest gaussowski,
  • znajdujemy się w trzeciej ćwiartce modelu Cynefin

To jest czas chaosu, gdzie nie obowiązują prawie żadne zasady, skutek i przyczyna są dość niejasno ze sobą powiązane. Jest to jednocześnie najlepszy czas, jaki może się zdarzyć.

Wyczekuj na czas chaosu

Mówią, że IT to dobry biznes. Moim zdaniem jest już za późno na dobry biznes w IT prowadzony wg modelu, który obecnie się sprawdza.

Pierwsi wyjadacze zdążyli już nauczyć klientów, czego powinni oczekiwać i ustabilizowali rynek. Nic ciekawego już się tu nie wydarzy. Jeśli więc chcesz zainwestować w coś swój wysiłek, to nie graj w czyjąś grę. Raczej czekaj na czas chaosu.

Poniżej kilka wskazówek nt. jaki styl działania sprawdza się w chaosie.

Bądź pierwszy

Nieważne w czym, byle pierwszy.

Przykład – Skutek wyprzedza przyczynę
W pewnym momencie ktoś wypromował termin reactive programming i nazwał w ten sposób koncepcje rozwijane w wielu firmach przez wielu inżynierów. W krótkim czasie ze zdziwieniem wertowałem online’ową wersję książki Reactive Desing Patterns.

Do tamtego momentu byłem przekonany, że wzorce projektowe to nazwana wiedza plemienna inżynierów. Gdy rozwiązujemy jakiś problem wiele, wiele razy w pewnym momencie widzimy powtarzalny wzorzec – desing pattern.

Tym czasem książka Reactive Desing Patterns pojawiła się zanim koncept zdążył dobrze okrzepnąć pod palcami programistów. Co więcej, wiele z rozdziałów miało tylko tytuł oraz notatkę in progress.

Ilustruje to bardzo ciekawą cechę charakterystyczną chaosu – skutek niekiedy wyprzedza przyczynę.

Bądź pierwszy.

Inny przykład – experts from the scratch

Kiedy cena BTC zmierzała do 20 kUSD, wszyscy mówili tylko o jednym block chain. W ciągu niespełna trzech tygodni LinkedIn i telewizja śniadaniowa zaroiły się do ekspertów od block chaina, publikujących raporty o zastosowaniach technologii.

Takie jest prawo chaosu, że ten, kto jest pierwszy, uczy rynek jak ma rozumieć usługi i produkty. Narzuca własne metryki oraz kryteria jakości. Następcy muszą grać w grę stworzoną przez pionierów i raczej mało prawdopodobne, aby się z niej wydostali. Chyba, że wygenerują nowy chaos.

Bądź pierwszy.

Hipoteza no-free lunch

Jest taka teza w metodach obliczeniowych optymalizacji – No Free Lunch. Teza dotyczy poszukiwania najlepszej metody odnajdywania optimum jakiejś funkcji. Twierdzi ona, że uśredniając po wszystkich możliwych funkcjach oceny, każda metoda optymalizacji jest jednakowo dobra. Metody dają znacząco różne wyniki dopiero wtedy, gdy można poczynić jakieś założenia np. o różniczkowalności funkcji.

Co to oznacza dla praktyka chaosu? Zignoruj metody prognostyczne, analizy i raporty. To szum informacyjny bez większej wartości. Nie osiągniesz za ich pomocą znaczących wyników. Jedyne co się liczy to wiedza o ukrytych założeniach.

Co z tego, że analiza fundamentalna mówi, że dana spółka to dobra inwestycja, skoro zarząd naściemniał w księgach? Co z tego, że wykres mówi, że trzeba kupić kryptowalutę, skoro dziesięć osób posiadających większość waluty, dogadało się, aby grać na spadki?

W tym kontekście jedyną sensową metodą działania jest insider trading – w Polsce, o ile wiem, nielegalny. Musisz wiedzieć coś wcześniej niż inni, gdyż to właśnie wiedza o ukrytych założeniach pozwala rozdawać karty, a nie modele, raporty, czy prognozy.

Przykład
Mała Firma miała doskonały produkt. Mała Firma została wybrana do dostarczenia produktu dla Dużej Korporacji. Już prawie dobili targu, gdy nagle się okazało, że Duża Korporacja od dziesięciu lat ma umowę ramową z Dużą Firmą. Według umowy każde zapytanie ofertowe ma być kierowane w pierwszej kolejności do Dużej Firmy, a gdy ta odmówi wykonania zlecenia, to w drugiej kolejności do innych firm.

Zatem zgodnie z zasadami Duża Korporacja zapytała Dużą Firmę, czy wykonają zlecenie. No, oczywiście, że wykonają! Następnie Duża Firma zaproponowała Małej Firmie podwykonawstwo zlecenia za 40% ceny, ale Mała Firma się obraziła. Zatem Duża Firma zaproponowała to samo Innej Firmie i dobili targu. Małej Firmy dziś już nikt nie pamięta.

Nieważne jak dobry masz produkt, usługę itd. Jeśli nie znasz zasad gry, chaos cię pochłonie.

Rób wiele rzeczy na raz

Skupienie się na jednej rzeczy jest przywilejem tych, którzy odkryli tę właściwą rzecz. Ci, którzy jej nie odkryli i wciąż szukają, podejmują wiele wysiłków.

Od kiedy pamiętam trenerzy i mówcy motywacyjni wkładali mi do głowy Zasadę Pareto.

Pamiętaj – mówili – 80% sukcesu możesz wygenerować za pomocą 20% wysiłków! Skup się na tym, co najważniejsze!

Niestety uciekło im, że Zasada Pareto mówi o zależności statystycznej. Jeśli przeanalizujesz odpowiednio dużą próbę działań, to rzeczywiście ilościowa zależność będzie 20/80, ale:

  • Zasada nie wskazuje, które 20% odpowiada za sukces
  • Stosowanie Zasady do pojedynczych przypadków – jak to w statystyce – może dać ekstremalne wyniki. Na przykład 2% rezultatów jest efektem 98% wysiłków (co bywa prawdą np. w przypadku śrubowania jakości).

Spokojnie, wszystko co napisałem w Getting Things Programmed wciąż działa…poza chaosem. W chaosie być może zadziała. W szczególności polecam metodę dzielenia dużych zadań na zadania możliwe do wykonania (actionable task) raz pracę z rejestrem zadań.

Ślepy traf zamiast priorytetów

Wybranie rzeczy najważniejszych jest cholernie trudną sprawą, zwłaszcza w dziko-zmiennym środowisku.

Priorytety są funkcją celu, więc gdy w podręczniku zarządzania czasem czytasz rozdział na temat priorytetów, ulegasz pewnemu zniekształceniu – rozpatrujesz sytuację retrospektywnie. Autor omawia jakiś projekt, który już się zakończył i miał określony efekt. Z tej uprzywilejowanej perspektywy priorytety są jasne i klarowne. Co jednak zrobić w sytuacji, gdy przed tobą jest ciemność, a za tobą tylko spalone mosty?

Nie traktuj priorytetów zbyt serio, nie mają one aż tak istotnego znaczenia, gdy rzeczy zmieniają się bardzo szybko. Z celami jest podobnie. Aktualny kontekst, w którym nagle się znajdujesz wymusza rewizję celów albo je dezaktualizuje. Ewentualnie celem może być tu wyskoczenie z ćwiartki chaosu, ale o tym później.

Ostatecznie, jeśli podejmiesz wystarczająco dużo działań, istnieje pewna szansa, że coś się uda.

Nadmiarowość ogranicza ryzyko

Podobno przyszłość będzie należała do inżynierów-ekspertów. Jeśli wystarczająco wyspecjalizujesz, to staniesz się wziętym ekspertem, a reszta jakość się ułoży. Cóż – może tak, może nie.

Z drugiej strony Taleb twierdzi, że dwoje oczu, uszu, rąk, nóg oraz kompensacja są patentami natury na zarządzanie ryzykiem w niestabilnym środowisku.

Wiesz ile odbyłem rozmów ze zestresowanymi inżynierami, którzy nagle sobie uświadomiali, że przestali być atrakcyjni na rynku, bo nowy paradygmat wyoutował „ich” technologię? Setki, naprawdę setki.

Chaos pożera specjalizację na śniadanie, bo jej nadmiar jest w kontrze do elastyczności i adaptacyjności. Nie specjalizuj za bardzo. Miej dwie, trzy lub więcej różnych od siebie kompetencji. Opanuj je w stopniu wystarczającym do rozwiązywania problemów klientów bądź pracodawców. To sposób, w jaki jedna osoba może zarządzać ryzykiem wokół siebie.

Już słyszę pierwsze narzekania – „A bo, to będzie męczące…”. Nooo, a znasz jakąś pracę, która nie jest męcząca? Seks męczy, jedzenie męczy, nawet leżenie męczy, a praca ma nie męczyć?

Ocieraj łzy i zaczynaj od nowa

Nie żałuj zbyt długo tego, co straciłeś. Gdybym miał pieniądze, które utopiłem w nietrafionych projektach, to…sam nie wiem co 🙂 Nie widzę sensu, żeby to rozważać. Nie ma, to nie ma.

Spotkałem ludzi, którzy potrafili się dosłownie rozchorować z powodu utraconej zaliczki na zakup, który nie doszedł do skutku. Ale przecież taki właśnie jest sens zaliczki – żeby stracić zaliczkę i nie więcej.

Przenigdy nie żałuj utraconych korzyści. To jeszcze gorsze niż opłakiwanie strat. Strata to chociaż coś, co się wydarzyło. Rozmyślanie o straconych szansach, to fantazjowanie i spędzanie czasu w świecie „co by było, gdyby…”. Jak już wspomniałem wcześniej – nie ma, to nie ma!

Jedyną sensowną rzeczą, którą tu możesz zrobić, to wdrożyć w życie wnioski, które wyciągnąłeś. Tyle i aż tyle.

Szybko podejmuj decyzje

Rezygnowanie jest znacznie trudniejsze niż osiąganie. Każda decyzja oznacza również rezygnację z alternatywnych opcji, co można utożsamiać ze stratą. Możesz więc doświadczyć niechęci do podejmowania decyzji zarówno tych „dużych” jak i tych mniejszego kalibru.

Doświadczenie dnia codziennego uczy, że sprawy raz odłożone, dalej odkładają się same. Niepodjęte decyzje nawarstwiają się, a ty zaczynasz mieć wrażenie, że w głowie masz kod o cholernie wysokim CC: mnóstwo ifów i zagnieżdżonych bloków.

Decyzje podejmuj szybko i często. Im częściej tym będą mniejsze i bezpieczniejsze. Niektórzy mówią na to save-to-fail experiments.

Oczekuj najlepszego, przewiduj najgorsze

Dawno temu, ktoś dał mi taką radę: zanim zaczniesz, najpierw określ co najgorszego może się wydarzyć i przygotuj się na coś znacznie gorszego. Dla mnie to działa.

Przede wszystkim unikaj problemów

Wiem, że podręczniki radzą odwrotnie – myśl pozytywnie, bądź goal-oriented. To może mieć sens, ale nie w chaosie.

Zapraszam cię do eksperymentu myślowego. Wyobraź sobie, że nagle znalazłeś się na skraju wielkiej, dzikiej dżungli i zamierzasz do niej wejść. Przed tobą stoi tubylec, który zastanawia się, którą z porad ci udzielić. Ma do zaoferowania dwie:

  1. „Dwa dni drogi stąd jest skrzynia pełna złota. Go for it!”
  2. „Trzymaj się z daleka od żółtych kwiatków, bo zabijają. Howgh!”

Którą z rad wolałbyś usłyszeć? Gorąco wierzę, że drugą. Jeśli wybrałeś inaczej, to niestety nie wróżę ci pomyślności i licznego potomstwa.

Przodkowie nie bez powodu wymyślili zakazy i tabu. Gdy poruszasz się po grząskim gruncie, tabu i zakazy pełnią funkcję ochronną. Natomiast pozytywne cele mogą być skrajnie niebezpieczne.

Bądź gotowy skorzystać z okazji

Jakiś czas temu internety obiegł wywiad z synem Kulczyka, w którym dumnie stwierdza, że karierę biznesową zaczynał od roznoszenia ulotek. Mój komentarz do tego: 😀 😀 .

Zaraz potem odbywał się masowy resharing artykułów o proporcjach między przypadkiem a ciężką pracą w życiowym i biznesowym sukcesie. Bardzo przypadło mi do gustu takie podsumowanie tego dyskursu:

Im więcej pieniędzy masz na koncie, tym bardziej jesteś przekonany, że do wszystkiego doszedłeś jedynie własną i ciężką pracą.

W chaosie na większość rzeczy i tak nie masz zbyt wielkiego wpływu. Wydarzają się i tyle. Dlatego, bądź przygotowany, by skorzystać z okazji, jeśli już ci się przydarzy.

Jestem ostrożny wobec nurtów samorozwojowych. Głownie dlatego, że co autor, to ma inny pomysł na to, czym ów „samorozwój” właściwie jest. Jestem jednak wielkim fanem samodoskonalenia (w sensie Deminga). Nabywaj nowych umiejętności i ulepszaj te, które posiadasz.

Wiesz, czasem pijesz z kimś poranną kawę i ten ktoś oferuje ci nowe ciekawe stanowisko. O czym wtedy myślisz? Ponieważ spora część mojej pracy polega na rozmawianiu z ludźmi, to wiem, że sporo osób myśli wtedy mniej więcej coś takiego: Co? Ja? Czy ja się nadaję? A jak nie dam rady?

Wyobraź sobie wtedy, że właśnie na twoją stację przyjechał pociąg i odjeżdża za chwilę. Wsiadasz albo zostajesz. To bardzo prosta decyzja. Zdecydowanie odradzam ci odstawianie scen z filmu Jestem na tak. Po prostu miej na uwadze, że powtarzalne są głównie promocje w dyskontach, a ciekawe okazje mają tę irytującą cechę, że pojawiają się raz i nie czekają. Chcesz – bierz, nie chcesz – zostaw innym. Tyle w temacie.

Mniej czytaj, więcej rób

Why Learning is a New Procrastination – zacznijmy od tego artykułu.

No, a teraz powiedz: ile e-kursów już zaliczyłeś? na ilu meetupach już byłeś? ile przeczytałeś książek?

A teraz: ile z tego trwale wdrożyłeś w życie?

Jak wspomniałem wcześniej, nabywanie nowych umiejętności jest ważne, ale ważniejsze jest robienie z nich użytku. Jeśli tylko zaliczasz kolejne szkolenia i meetupy, to bliżej ci do training junkie niż do samorozwoju. Wtedy meeptup to żadna wymiana wiedzy, a zwyczajna prasówka.

Co mam robić?

Czym ja właściwie mam się zająć? Teraz i tak w ogóle? – Takie pytania zadałem kiedyś pewnemu Ciekawemu Człowiekowi. A Ciekawy Człowiek udzielił mi szokującej odpowiedzi:

To bez znaczenia. Jeżeli masz w sobie choć trochę pasji, wszędzie się odnajdziesz. Jeśli nie masz jej wcale – wszędzie będzie ci źle.

Ponownie, z rozmów z ludźmi na szkoleniach i konferencjach wiem, że wielu z nich działa bardzo synchronicznie. Najpierw starają się „poukładać swoje sprawy i przemyśleć je” (dokładnie takiego zwrotu używają), a potem – gdy sprawy będą już poukładane – wtedy zdecydują, co dalej.

Uwaga: to zupełnie OK czasem mieć dylematy, wątpliwości, czuć zmieszanie, niepewność, strach przed nowym i nieznanym. Również OK jest nie mieć wiary we własne siły i czuć się do niczego. To bardzo ludzkie przeżycia i sądzę, że świadczą jedynie o twoim zdrowiu psychicznym.

Moim skromnym zdaniem, zajmowanie się takimi rzeczami nie powinno być celem samym w sobie. Jeśli masz w sobie te wszystkie nieprzyjemne doznania, to niech to ci nie przeszkadza w robieniu dobrej roboty. Nie czekaj aż to minie, zwyczajnie rób swoje.

Doskonale to podsumował Norbert Biedrzycki w jednym ze swoich wystąpień:

  1. Rób coś
  2. Podejmuj decyzje
  3. Doprowadzaj sprawy do końca
  4. Czytaj prozę (tym punktem nie zajmujemy się w artykule 😉 )

Klienci rozwalają nam architekturę

Pewnego razu miałem następującą rozmowę managerem jednej z firm:

Manager: Jak przygotować dobrą dokumentację?
Ja: Czyli jaką?
Manager: Taką, żeby deweloperzy wszystko z niej wiedzieli i nie zadawali pytań?
Ja: Moim zdaniem to niemożliwe.
Manager: To jak zorganizować proces analizy. Teraz staramy się pozyskać od klienta maksymalnie dużo informacji, żeby przygotować to, co chce.
Ja: A nie możecie wciągnąć klienta w proces wytwórczy i dostarczać mu mniej, ale częściej. Wtedy możecie doprecyzowywać tylko te najbliższe funkcjonalności
Manager: Nie, bo klient chce na początku wiedzieć jaka będzie końcowa cena. Jak oszacować taki projekt na początku, czy to w ogóle możliwe?
Ja: Możliwe, ale musicie mieć jakąś powtarzalność np. w architekturze. Na przykład: od roku dostarczasz klientom oprogramowanie oparte o proste CRUDy – formularz i tabela pod spodem. Opierając się na takiej architekturze i bazując na poprzednich projektach, możesz dość dokładnie szacować w oparciu o liczbę oczekiwanych przez klienta formularzy i ekranów. Jaką macie powtarzalność?
Manager Niewielką. Nie mamy jeszcze swojego produktu?
Ja: A może macie powtarzalność w typach projektów albo typach klientów?
Manager: Też nie. Robimy sporo małych projektów i staramy się wyodrębnić nasz własny framework. Więc jak przygotować dobrą dokumentację?

Przeczytaj poniżej, co ja usłyszałem w tej rozmowie.

Jest taki etap

Jest taki etap w rozwoju firmy, w którym nie ma ona stabilności finansowej. Nie ma projektów, nie zbyt wielu klientów, usług ani produktów. Ten etap występuje nie tylko na początku działalności, pojawia się również w wyniku zawirowań rynkowych albo operacyjnych, gdy organizacja traci grunt pod nogami. To chaos.

Chaos pogłębia chaos

W takich chwilach, gdy waży się „być albo nie być” na rynku, najczęstszym – wg mojej obserwacji – stosowanym podejściem jest Bierzemy wszystko!. Podejmujemy się każdego zlecenia, nawet jeśli nie jest ono zgodne ze strategią organizacji. Chodzi wszak o przetrwanie. Znam przypadki, w których firma, prócz podstawowej działalności usługowej w branży PR, zajmowała się również importem kawy z Bliskiego Wschodu. Brzmi zabawnie? Nie jest takie. Pamiętaj: to żaden wstyd przetrwać na rynku, więc rób to, co konieczne.

Ujmijmy powyższe syntetycznie: straciliśmy stabilność finansową i skończyły się rezerwy, a zatem bierzemy wszystko jak leci, a zatem mamy dużo drobnych projektów, a zatem mamy nieustanną bieżączkę, a zatem każdego klienta traktujemy priorytetowo, a zatem klienci wymuszają na nas zmiany w funkcjonalnościach i architekturze, których wolelibyśmy unikać, a zatem nie możemy się dorobić żadnego core, a zatem nie mamy czasu ani pieniędzy na poszukiwanie i rozwój nowych usług/produktów/klientów, a zatem w niemal każdym aspekcie naszej działalności brakuje nam powtarzalności, a zatem każde zlecenie robimy „od nowa”, a zatem brak nam ładu organizacyjnego, a zatem firma „leży” na grupie szczególnie zaangażowanych ludzi, a nie na modelu biznesowym, a zatem takiej firmy nie da się sprzedać, bo firma „na sprzedaż” musi być maszynką do zarabiania pieniędzy z powtarzanym mechanizmem generowania leadów i przerabiania ich na gotówkę.

Co raczej nie zadziała?

Większość znanych metod. Jeżeli organizacja znajduje się w miejscu wyżej opisanym, nie mają sensu pytania: czy wdrożyć Scrum czy Kanban? jak pisać dobrą dokumentację? czy wszyscy powinni brać udział w refinemencie? czy szacować story pointami, PERT, a może używać #noEstimation? czy reaktywność pomoże? jak wyodrębniać microserwisy?

Metody, do których odnoszą się pytania zakładają pewien poziom ładu organizacyjnego. W niestabilnym i chaotycznym środowisku…trudno powiedzieć, czy zadziałają? Może jedynie w tym sensie, że ludzie będą się lepiej czuć, gdy zastosują znane i popularne podejścia.

Najważniejszym problem jest tu: jak uciec z tego chaosu?

Uciec z chaosu

Pierwszy krok to doprowadzenie do sytuacji, w której masz pokryte wszystkie koszty i wykorzystujesz na to mniej niż 100% przerobu organizacji. Wtedy robi się nieco luźniej. Jest czas pomyśleć nad powtarzalnym i uporządkowanym działaniem. Moim zdaniem najlepiej zacząć od powtarzalnej metody generowania leadów sprzedażowych.

Jak to zrobić? Jakoś :). Zacznij od praktykowania rzeczy ujętych w artykule.

Wizja, strategia, wykonanie?

Nauczyli mnie, że najpierw należy stworzyć wizję, czyli opis świata, do którego dążymy. Następnie misję, czyli naszą rolę w urzeczywistnianiu wizji. Potem strategię, czyli plan wdrożenia poprzednich. Zaraz za tym wartości, czyli zasady, którymi będziemy się kierować po drodze. Te warto zoperacjonalizować, czyli ustalić jakie zachowania wspierają nasze wartości, aby pracownicy wiedzieli, co mają robić, a czego nie.

Powiedzieli mi, że sumienne wykonanie powyższych punktów wsparte metrykami, doprowadzi do celu.

Zawsze zachwycał mnie ten elegancki pomysł na sukces. Niepokoiło mnie jednocześnie to, jak rozpaczliwie zarządzający pragną kupować złudzenie, że świat (rynek) jest przewidywalny, uporządkowany i z dokładnością do stałej deterministyczny.

Mój znajomy powiedział kiedyś, że prowadzenie biznesu to „sztuka radzenia sobie z ciągłymi fu**pami”. Raz za razem organizacje lub ich części wpadają w obszary chaosu różnych rozmiarów i nie potrafią zrozumieć „dlaczego klienci rozwalają nam architekturę?”. A potem szukają magicznych rozwiązań, których nie ma, a robienie czegokolwiek uspokaja.


P.S. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: to bardzo pożyteczne mieć wizję, misję, strategię i wartości w biznesie. Jednak nie traktuj ich jako remedium na wszystko.